About

Życie jest za krótkie, by nie robić tego, co się kocha – ta maksyma jest jedną z moich ulubionych. Robię więc to, co kocham: rysuję i maluję. Spełniam ludziom ich artystyczne marzenia. Wśród nich są portrety bliskich, pejzaże, obrazy religijne, kartki okolicznościowe, wizerunki zwierząt.
Przepadam wręcz za rysowaniem portretów. Szczegółowo poznaję mapę twarzy każdego z moich modeli: błękitne żyłki pod skórą, łuki brwi, tęczówki, usta uśmiechnięte, smutne… Niesamowicie wiele mówią oczy człowieka. Z każdą narysowaną kreską czy namalowaną plamą odkrywam ich głębię.
Szczególne miejsce w mojej twórczości stanowią obrazy Pana Jezusa, Matki Bożej czy świętych. Są to kopie tak wybitnych dzieł, jak “Jezu, ufam Tobie” Adolfa Hyły czy “Światłość świata” Williama Holmana Hunta lub namalowane według wyobrażeń zamawiających przeróżne sceny religijne.
Projektuję kartki z życzeniami na urodziny, rocznice ślubu, chrzty, komunie i pogrzeby. Zawsze z uwagą słucham życzeń moich klientów.

Pogaduszka z sercem

Kiedy ktoś wpisze w prostokąciku „Szukaj“ w internetowej wyszukiwarce Google: portrety ze zdjęcia na zamówienie otrzyma w 46 sekund, 512 000 wyników z całego świata! Co wybrać, komu powierzyć narysowanie portretu? I już ma gotowy zawrót głowy. Ale nie w Pszowie! Od kilku lat na Pszowskich Dołach szkicowaniem ołówkiem portretów zajmuje się Monika Witek. Jej prace wartko, z dnia na dzień, podbijają serca nabywców. Nie darmo strona Moniki posiada sam za siebie mówiący tytuł: „Sercem malowane“.

– Mieszkasz od urodzenia na Pszowskich Dołach?

– Tak, to moja ukochana ziemia.

– Jak przebiegała twoja edukacja?

– Ukończyłam ośmioklasową Szkołę Podstawową nr 4 w Pszowie (nasz rocznik zamykał ten cykl nauczania, tuż przed wprowadzeniem gimnazjów). Z perspektywy czasu patrzę na ten okres w życiu jak na ośmioletnią idyllę. Później uczęszczałam do I Liceum Ogólnokształcącego im. 14 Pułku Powstańców Śląskich w Wodzisławiu Śląskim, a potem był już Kraków… dopadła mnie wówczas dorosłość.

– Jaki kierunek studiów ukończyłaś?

– Jestem historykiem sztuki (i zawsze kiedy to mówię, mam wrażenie, jakbym mówiła o czymś egzotycznym – widzę to po reakcjach ludzi). Pracę magisterską obroniłam w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z tej pracy powstała potem książka o sanktuarium w Pszowie. To dopiero była przygoda! Równoległe skończyłam dwuletnie Studium Pedagogiczne UJ, co potem pozwoliło podjąć mi pracę w szkole. Były jeszcze studia podyplomowe na kierunku historia, na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. Planowałam następnie skończyć muzeologię, ale do tego już nie doszło.

– Jak przebiegała – do dzisiaj – twoja kariera zawodowa?

– Przez kilka lat pracowałam w szkole. Uczyłam w podstawówce plastyki, w gimnazjum historii, w liceum plastycznym historii sztuki. Pracowałam w muzeum w Raciborzu. Teraz zajmuję się rysowaniem i cieszę się życiem.

– Kiedy odkryłaś swój talent w kierunku szkicowania portretów?

– To zabawna historia. Moja mama pamięta (i teraz, śmiejąc się, wypomina mi to), jak płakałam nad rysunkiem, ślęcząc nad nim od kilku godzin. Miał przedstawiać kogoś bliskiego. W tej narysowanej z takim mozołem twarzy, nikt nie rozpoznał mojego brata. Obiecałam sobie wówczas, że już nigdy nie narysuję niczyjego portretu. „To musi być mega trudne!” – myślałam rozgoryczona. Byłam wtedy w szóstej klasie szkoły podstawowej. W międzyczasie zdarzały się jednak jakieś pojedyncze, sporadyczne epizody portretowe. Regularnie jednak zaczęłam rysować mniej więcej w rok pourodzeniu córki, czyli w 2012 r. Chwilowo byłam wówczas bez pracy i w moim odczuciu, bez perspektyw. Musiałam więc sama stworzyć sobie jakąś alternatywę. Wróciłam do tych moich – z przymrużeniem oka – „znienawidzonych” portretów.

– Czy pamiętasz, kto był twoim pierwszym „udanym“ modelem?

– Zdarzały mi się całkiem niezłe prace w liceum i na studiach, rysowane ołówkami i malowane farbami – Jana Pawła II, Teresy z Kalkuty, które były na szczęście już rozpoznawalne dla innych.

– Kto przekonał cię, że warto przedstawić swe prace szerszej publiczności?

– Poszło to naturalną drogą. Miałam już bloga, który w założeniu miał być rodzajem pamiętnika, dokumentem skrawków mojego życia. Nie był on do końca sprofilowany. Wrzucałam tam wszystko, co przyszło mi do głowy: zdjęcia naszego mieszkania, okolic Pszowskich Dołów, córeczki, pojedyncze rysunki, z czasem fotografie jakiegoś portretu, wykonanego komuś na urodziny, prymicje, rocznicę. Nieznani mi ludzie zostawiali pod zdjęciem miłe komentarze, których z czasem było coraz więcej.

– Ile miałaś już wystaw (galerii) swych prac? Kto i gdzie je organizował?

– Z wystawami mam pewien kłopot. Mianowicie taki, że właściwie nie mam co pokazywać… Wszystkie prace, które wychodzą spod moich rąk, od razu trafiają do właścicieli. Rysuję i maluję na konkretne zamówienia. Nie starcza mi czasu, by tworzyć dla siebie, przechowywać jakieś prace, a potem ewentualnie wystawiać. Niemniej Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Wodzisławiu Śląskim zorganizowała w 2015 r. wystawę reprodukcji moich portretów dziecięcych, a wkrótce potem kilka prac zobaczyć można było w Miejskim Ośrodku Kultury w Pszowie, w związku z II Międzynarodowym Zjazdem Pszowików.

– Zajmujesz się też fotografiką, miałaś dylemat, w którym kierunku dalej powinnaś rozwijać swe możliwości?

– To chyba za dużo powiedziane. Nigdy nie zajmowałam się fotografiką na poważnie, w odróżnieniu od mojego taty, który wywoływał w łazience – ciemni swoje zdjęcia. Lubię robić zdjęcia, ale nie w sposób regularny. Widzę coś pięknego, to pstryk! Może po prostu mam do tego dryg… (ale rymowanych wierszy nie piszę!).

– Na swoim blogu przedstawiasz sporo swych fantastycznych prac. Dostajesz dużo zamówień na wykonanie portretów ołówkiem na papierze?

– Obiecałam sobie kilka lat temu, że skończę to robić, kiedy narysuję ostatni portret, a nikt inny już o nowy w międzyczasie nie zapyta. Póki co, nie doczekałam się takiego momentu, co oczywiście bardzo mnie cieszy. Rysuję dzień w dzień. We wrześniu zrezygnowałam z etatowej pracy w muzeum, bo nie wyrabiałam z rysowaniem…

– Kto ci ostrzy ołówki?

– Chciałabym powiedzieć, że mąż, ale nie mogę… ha ha! Nie dałabym nikomu zaostrzyć mojego ołówka. Pod tym względem jestem bardzo wymagająca i nikt chyba tego nie zrobi lepiej ode mnie.

– Zdarza ci się, że przy jakimś nieudanym szkicu, strofujesz sama siebie, albo by dosadniej to określić – używasz głośnych „mocnych“ słów??

– Pozwolisz, że nie zacytuję tego, co nieraz zdarza mi się wypowiedzieć na głos. Jestem nerwowa, łatwo wyprowadzam się z równowagi. Nie znoszę momentów, kiedy coś nie idzie po mojej myśli. Tłumaczę wówczas sobie: artyści tak mają… Zazwyczaj nie pomaga. Wtedy zaparzam sobie kawę (nieważne, że to już piąta filiżanka tego dnia…).

– Czy ktoś z rodziny próbuje cię ułagodzić, uspokoić?

– Mój mąż Michał głaszcze mnie wtedy po głowie (lepiej, żeby nie mówił: „nie wyszło ci aż tak źle…”, bo wówczas wkurzam się jeszcze bardziej), a rozważna córka Lidzia, przytula się do mnie i mówi: „Mamusiu, nie stresuj się tak!”. I głaskanie, i tulenie zazwyczaj pomaga.

– Ile czasu tygodniowo poświęcasz na malowanie?

– Tego nie da ująć się w żadne normy. Bywa, że rysuję 2 godziny na dzień, bywa, że 12… Dążę jednak do tego, by mój grafik wyglądał tak: od poniedziałku do piątku – 8 godzin rysowania, a sobota i niedziela – wolne. Byłoby wówczas idealnie.

– Masz jakiegoś idola z tego kierunku? Jakiś wzorzec do naśladowania…

– Jest taki kanadyjski portrecista – Justin Maas. Świetny! Jest dziewczyna z USA – Heather Rooney, Włoch Emanuele Dascanio, jest wielu cudownych artystów z Dalekiego Wschodu… Instagram to miejsce, gdzie ich poznałam. Śledzę ich poczynania na bieżąco i marzę sobie, że kiedyś też będę rysować tak jak oni.

– Jaki kierunek w malarstwie najbardziej lubisz? Czyli gdybyś miała tyle pieniędzy, że mogłabyś sobie na wszystko pozwolić, to kupiłabyś obraz autorstwa… kogo?

– Gdybym miała dużo pieniędzy, to bym zamiast obrazu kupiła sobie tysiąc kredek, tonę książek i ekspres do kawy. Wolałabym, żeby słynne obrazy wisiały w słynnych muzeach. Wystarczy mi dobra reprodukcja w albumie… Podobają mi się dzieła starych mistrzów: liryczny Fra Angelico, freski wczesnorenesansowe, niderlandzki van Eyck, barokowi Rembrandt, Vermeer, Velazquez. Lubię prerafaelitów z ich romantycznym stylem malowania i moralizatorskim tonem, uwielbiam polskich realistów: Chełmońskiego za mgły nad łąkami i nocne pejzaże, Fałata za śnieg, który „skrzypi” i mistrzowskie akwarele Kotsisa, Gersona, Gierymskich. Cenię sobie obrazy Siemiradzkiego za niepowtarzalny klimat antyku rzymskiego. Żadnej awangardy. Szanuję w wielu aspektach tę sztukę, ale ona nie jest taka moja. Nie zachwyca mnie.

– Dziękuję za rozmowę.

w oparciu o wywiad do miesięcznika lokalnego – “Pszowik”.  Grudzień 2016 r.